Drogie czytelniczki,

Trochę dziwnie się czuję, tworząc dla Was wpis z takimi „sylwetkowymi poradami” – nie jestem gwiazdą fitness ani biegaczką-blogerką, jak to ostatnio jest w modzie.

I chociaż praca dyrektora do spraw nowych mediów to dużo wyzwań i stresów, nie czuję się „coachem” – uznajcie więc, że te parę wskazówek to taka forma zwierzenia się z bardzo w sumie osobistego sukcesu.

Sytuacja, w której się znalazłam, to w sumie nic oryginalnego. Najpierw była kariera, ale na krótko po zdmuchnięciu trzydziestu świeczek z tortu zdecydowaliśmy się z mężem na dziecko – podobno to najlepszy moment.

Wcześniej, kiedy życie zawodowe narzucało mi pewien rytm, nie miałam problemu z utrzymaniem wagi, a dzięki regularnym wizytom na siłowni byłam w szczycie fizycznej formy.

Gdy dziecko się urodziło, nie było czasu na trzymanie diety, byłam niewyspana i nie miałam siły na wyprawy do klubu fitness, poza tym… Wstydziłam się wałeczków i rozstępów – mąż mówił mi, że nic nie widać, ale mi cały czas wydawało się, że „ja z lustra” to już nie ta sama „ja” – wysportowana, zawadiacka, pewna siebie. Byłam załamana.

No ale życie zawodowe nauczyło mnie, że nie należy poddawać się tak łatwo – zaczęłam przeszukiwać internet. Chciałam znaleźć jakiś sposób, aby wrócić do kondycji, ale na moich warunkach, czyli bez drastycznej zmiany diety, bez długotrwałego publicznego pocenia się, najlepiej krócej, a intensywniej, no i, co najważniejsze, w domowym zaciszu.

Na początku trochę nieufnie podeszłam do treningów metodą Tabaty. W końcu – czy mało jest takich super metod, które obiecują złote góry, a efekty są co najwyżej mierne? Ale minął tydzień, minęły dwa… Poczułam się lepiej.

Zasady treningu Tabaty są proste – cały nasz wysiłek trwa cztery minuty. Wybieramy sobie ćwiczenie – pompki, brzuszki, przysiady czy co dusza zapragnie, byleby było intensywne i angażowało jak najwięcej naszych mięśni.

Przez 20 sekund staramy się zrobić jak najwięcej powtórzeń wybranego ćwiczenia, a potem – 10 sekund błogiego relaksu. Cztery minuty to 8 serii wytężonej pracy, ale efekty, możecie mi wierzyć, są znacznie bardziej długofalowe.

Dodatkowo zamówiłam też preparaty z naturalnymi suplementami diety – jagodami acai i piperyną.

Jagody acai to takie małe cuda, które w swoim składzie zawierają między innymi aż 18 aminokwasów, kwasy omega-3 oraz mnóstwo witamin niezbędnych do regeneracji naszej skóry (tak tak, te pociążowe rozstępy).

A czarny pieprz? Cóż, piperyna – bo tak się zwie ekstrakt z czarnego pieprzu – to nic innego, jak potężny „odtłuszczacz”. Pomaga nam w poprawie przemiany materii i usuwaniu tłuszczu z organizmu.

I cóż, wróciłam do formy sprzed ciąży. Moje maleństwo uśmiecha się do mnie szeroko – pewnie robiłoby to nawet gdybym nosiła XL, ale mam taką cichą nadzieję, że też zauważyło moją przemianę.

Spytacie, czy spoczęłam na laurach po tym, jak osiągnęłam swoje cele?

No nie do końca – dalej zażywam preparat z piperyną i jagodami acai, ćwiczę dwa do trzech razy w tygodniu. Ale teraz to sama przyjemność! I robię to przed lustrem, bez wstydu – podobam się sobie i czuję się lepiej.

Kto wie, może jeszcze zostanę biegaczką-blogerką?

Powodzenia, Wy też możecie zmienić się na wiosnę. Wystarczy kilka tygodni, trochę wysiłku, rozsądna suplementacja – wszystko w Waszych rękach.

Wasza,

Magda W.